Czlowiek buduje ołtarze i oczekuje Boga na tym miejscu, które Mu wyznacza. Bóg natomiast posyła Matkę swojego Syna w rożne miejsca, ale przeważnie są to miejsca inne od tych, które wybrałby człowiek. Dlaczego daleko od Kościoła, dlaczego spotyka analfabetów, dlaczego rozmawia i powierza sekrety dzieciom? Szukamy odpowiedzi na te pytania i .... znajdujemy, już wiemy dlaczego Bóg tak chciał, zrozumieliśmy myśl Boga, potrafimy wyjasnić jego intencje, czy jednak aby na pewno?

Na La Salette świeckość, brak ogłady religijnej, niepraktykowanie wiary jest miejscem w którym Maryja spotyka się ze swoim ludem. Na pastwisku, bo miejsce wybrane przez Nią choć urokliwe, było przecież pastwiskiem, kilka metrów dalej leżały krowy i nie było kościoła tak jak dzisiaj.

Kto jest Jej ludem? Komu dzieci mają przekazać Jej orędzie? Tylko tym kilku pobożnym kobietom chodzącym jeszcze do kościoła, czy tym pozostałym drwiącym sobie z religii, przeklinającym, chodzącym w piątek do jatek jak psy? Maryja daje polecenie dzieciom „ogłoście to całemu mojemu ludowi". A więc także księżom, ale w pierwszym rzędzie ludowi i to temu najbardziej oddalonemu.

Jeżeli mój lud nie zechce się poddać. To właśnie ci najbardziej oddaleni są zbuntowani, nie chcą się poddać. Zapytajmy trochę bezczelnie czego chce Maryja?
Chce żeby oni  przestali przeklinać, nie jedli w piątek mięsa, modlili się najprostszymi modlitwami, chodzili w niedzielę do Kościoła? To nam przychodzi na myśl, ponieważ o tym słyszymy w Orędziu. Chodziło by więc tylko o powrót do zewnętrznych praktyk? Czy taka wiara zadowala Boga? Maryja najpierw mówi o swoich cierpieniach i o tym, że ludzie nic sobie z tego nie robią.

      Pokazuje na cierpiącego Syna i na trwającą Jego mękę i zestawia ją z obojętnością ludzi. Wypominane "objawy" są więc znakiem nie przejmowania się Męką, krzyżem, zbawieniem. Maryi chodzi o przejęcie się, czyli o włączenie tego, co dla nas wszystkich zrobił Jej Syn, w nasze osobiste życie. Zewnętrzne praktyki są według takiej logiki konsekwencją przyjęcia Krzyża i jego owoców w naszym życiu, natomiast ich brak jest sygnałem, że nas Bóg nic nie obchodzi. Trzeba postawić sobie pytanie, czy nasze duszpasterstwo prowadzi do zwiększenia zainteresowania Bogiem, czy do zwiększenia zewnętrznych praktyk?
       Tomasz Halik, laurerat tegorocznej nagrody Tempeltona mówi, że przeciwieństwem miłości wcale nie jest nienawiść ale raczej obojętność. To, że kogoś nie obchodzi los drugiego człowieka jest gorsze od tego, gdyby go nienawidził. Człowiek który nie interesuje się Bogiem jest gorszym ateistą, niż ten który się z Bogiem nie zgadza. Biblia jest pełna historii ludzi, którzy z Bogiem wchodzili w konflikt, buntowali się, gniewali się na Niego, ale tym samym pokazywali, że Bóg jest dla nich kimś istotnym.

      Świeckość rozumiana jako pogarda dla Boga, jako lekceważenie Go, nieinteresowanie się Bogiem, pomijanie go w życiu, jest bardziej diabelska niż wojujący ateizm.
Świecki charakter wydarzenia w La Salette, wchodzenie w detale życia codziennego, ziemniaki, winogrona, kromka chleba, pokazują jak są one ważne dla zbawienia człowieka. Tak rozumiana świeckość nie jest obszarem różnym od życia wiarą od sfery sakralnej, ale jest z nią związana jak symbol orła jest związany z reszką na monecie.
Być może my, ludzie Kościoła, w myśleniu odseparowaliśmy zbyt daleko od siebie te dwie strony życia?


Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież