Przylatujemy do Huston Hobby. To drugie mniejsze lotnisko w Huston, bardzo szybko rozwijającym się mieście. Friendswood jest właściwie przedmieściem Huston. Jesteśmy we Friendswood, w parafii, która powstała w 1965 roku, a obecnie od dwóch lat może się cieszyć nowym pięknym kościołem,

wybudowanym i 'zaprojektowanym' przez obecnego prowincjała Skipa Negly. Projektował go oczywiście architekt, ale proboszcz podsuwał pomysły. Parafia była założona przez saletynów. Spotkaliśmy tam też księdza Johna Zabelskasa, ex saletyna, Litwina z pochodzenia, który kiedyś (ponad 40 lat temu) był prowincjałem w St. Louis. Obecnie jest już 30 lat księdzem diecezjalnym, na emeryturze. W niedzielę odprawia jedną Mszę w tym kościele. Przez jakiś czas mieszkał tutaj w parafii. My mieszkamy na plebanii, która wydaje się nam … jak by to powiedzieć… mało zakonna. Na pewno nie przez swoje nowoczesne wykończenie, oczywiście nie oczekiwałem, żeby była budowana w stylu dziewiętnastowiecznym. Z zewnątrz nie wygląda imponująco, jest podobna do wielu nowych domów, jakie się w tym rejonie dzisiaj buduje. Nawet w środku też nie jest przesadnie bogata, nie używano drogich materiałów. Jednak to, co rzuca się w oczy od razu i, co nie pasuje co zakonnego stylu, to układ domu i jego wyposażenie, które jednoznacznie pokazuje, że tu chodzi bardziej o mieszkanie dla czterech diecezjalnych księży, którzy ewentualnie mogą się spotkać pośrodku w salonie lub w kuchni, ale mogą też się nie spotykać wcale. Każdy z nich może wchodzić i wychodzić bezpośrednio przez własny garaż, który przylega do jego pokoju. Pod względem ergonomii, zachowania prywatności i wygody nie można nic zarzucić. Wydaje się, że te właśnie względy decydowały o planie tego domu i miejscu wspólnych pomieszczeń., Nie wiem nawet jak to wytłumaczyć, ale to się czuje, że dusza tego domu nie jest tam, gdzie mogła by się spotykać wspólnota zakonna.

Huston to miasto, które stale rośnie a w chwili obecnej liczy już 10 mln mieszkańców. Jest znane głównie przez Centrum Kontroli Lotów Kosmicznych NASA, ale także przez liczne rafinerie ropy naftowej wydobywanej w Zatoce Meksykańskiej. Na koniec naszego pobytu jedziemy do tego Centrum Kontroli Lotów. To bardzo blisko parafii, oczywiście według amerykańskich standardów, i jest to chyba stały punkt wizyty kazdego gościa we wspólnocie zakonnej. POwód jest bardzo prozaiczny, pracuje tam żona diakona stałego Beth T., rodowita teksanka z Huston. Jej mąż posługuje w naszej parafii. Praca Beth polega na psychologicznym wsparciu kosmonautów i ich rodzin. Oprowadza nas po tych pomieszczeniach, które są udostępnione gościom. Mówi, ze czasem czuje się jak spowiednik, zna ich dobre i złe strony. Mamy okazję zobaczyć stare i nowe centrum dowodzenia. Słyszeliśmy rozmowę jednego z kosmonautów chyba z kimś z ośrodka w Rosji, ponieważ rozmawiali po rosyjsku. Wschód słońca na ekranie z zewnętrznej kamery na stacji transmitowany na dużym ekranie, jest niezapomniany. Zrobiłem zdjęcia z ekranu i zmontuję film. Na stacji ISS aktualnie była pora snu. Dla astronautów takie widoki to normalka, widzą je 17 razy w ciągu 24 godzin.

Kościół w parafii Friendswood jest ogromny, chociaż wewnątrz „ma styl” z widoczną drewnianą konstrukcją dachu, która wydaje się być trochę przesadzona w solidności i masywności, a mimo to nadaje mu charakter kościoła a nie jakiejś hali, jak to jest w wielu nowych kościołach w Polsce. Friendswood2
1600 siedzących miejsc, oprócz tego kaplica do wieczystej adoracji z 260-cioma miejscami, wspaniałe witraże, zaplecze gdzie każda grupa ma swój pokój, wszystko wspaniałe, przemyślane, logiczne, dobrze wykonane, po prostu „cud miód”. I nie jest to kościół wybudowany na wyrost, W niedzielę mają cztery Msze św. i w sobotę jedną i podobno jest pełny. No, może nie tak zupełnie jak w Polsce, mieliśmy okazję przekonać się o tym tydzień później, faktycznie było dużo ludzi, ale drugie tyle by się jeszcze zmieściło. Matki z dziećmi, które mogą płakać, mają swoją przeszkloną część w kościele, pozostałe dzieci w wieku do 10 lat przed liturgią Słowa, idą do bocznej kaplicy z katechetką na katechezę dostosowaną do ich poziomu. Po ewangelii ma miejsce rozesłanie osób przygotowujących się do chrztu i I Komunii (8 osób). Diakon pomylił ewangelię i ks. Beny musiał zaznaczyć, że homilia, którą przygotował, będzie dotyczyła innej Ewangelii.

Rano o 8,00 odprawiamy Mszę w „Bazylice saletyńskiej” w kaplicy adoracji, a jest to już druga msza, codziennie, trzecia jest wieczorem. Nie w każdej parafii przychodzi tyle ludzi do kościoła. Na mszy było około 150 osób. Wtedy też spotykamy innego stałego diakona Hektora, który zaprasza nas na lunch o 15.00. Przed południem odwiedzamy ks. Egidio Vecchio MS, w domu opieki. Wcześniej w tym domu a właściwie w tym kompleksie domów, był nowicjat sióstr dominikanek. Widocznie był budowany w najlepszym okresie, bo wyobrażam sobie ażeby zapełnić tak duży dom nowicjatu,  powinny wtedy wstępować do ich zakonu hurtowo całe klasy.  

Ksiądz Egidio jest na „siłowni” dla staruszków i dlatego nie możemy go spotkać w pokoju. Porusza się na wózku inwalidzkim, ale stale aktywny i ma umysł świeży. Przypomina sobie, ze kiedyś się spotkaliśmy. On sam był prowincjałem dawno temu w prowincji st. Louis. Byliśmy tam prawie półtorej godziny nie dopuścił nikogo do głosu opowiadając o swoich parafianach a szczególnie o jednej staruszce, która była wielką dobrodziejką dla diecezji, a myślę, że także dla Saletynów.

Po południu pojechaliśmy na lunch do American Bufet Red Corral z diakonem Hektorem. Chciał nam koniecznie pokazać zdjęcia z jego ostatniego wyjazdu do Meksyku, oraz jego projekt pomocy ludziom żyjącym na śmietniku. Według niego wystarczyło by zebrać drugą tacę „second collection” na mszy w parafii takiej jak Friendswood, i to zapewniłoby  utrzymanie szpitala w Mexico City przez miesiąc. Hektor jest bardzo zaangażowany w ruch charyzmatyczny, co daje się wyczuć po kilku zdaniach. Jest też  bardzo ekspresywny i jak zauwazyliśmy,  łatwo nawiązuje kontakty, ale mimo tej łatwości, jak sam mówił z nieukrywanym żalem, nie udało mu się nakłonić miejscowego biskupa do tego, żeby mu pozwolił na zbiórkę dla jego misji.

W USA wiele rzeczy jest "naj", na przykład  kościół w Friendswood jest prawdopodobnie  największym kościołem w naszym Zgromadzeniu, a z pewnością jego budowa była najdroższa. Nie wszyscy saletyni w USA są z tego powodu dumni.  Są tacy, którzy lepiej się czują w biedniejszych parafiach, ale to już będzie inna parafia.


Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież